rewolucja kopernikańska
Było dziś tak pięknie, słoneczko wyszło na chwilę, ja siedziałem w robocie, patrzyłem na to słoneczko, jak ono pięknie świeci, pomyślałem sobie, jak ślicznie. W takich sytuacjach zawsze wychodziłem na zewnątrz, zapalałem papierosa i tak sobie to piękno niepowtarzalnej przyrody podziwiałem. A dziś siedziałem w biurze i po głowie krążyło mi tylko jedno okrutne pytanie: czy to już tak będzie zawsze? czy już nigdy nie doznam tego pięknego uczucia, gdy zapalam sobie papierosa na słońcu?
Zapalenie cyfrówki nie wchodziło w grę z przyczyn.. hmm.. sentymentalnych. Analog, ach, analog. Zaczęło mną trochę telepać. Kręciłem się po biurze, wsiadłem do samochodu, pojechałem za miasto, wróciłem do biura, kręciłem się. Chciało mi się palić. Wróciłem do domu. Palić. J. miała paczkę elemów, wymusiłem na niej obietnicę, że nikomu nie powie o mojej chwili słabości i wyciągnąłem jednego fajeczka z paczki. Ach, analog, analog. Jak pięknie. Wziąłem zapalniczkę, ach analog, pomyślałem i z tą myślą w głowie podpaliłem.
Zaciągnąłem się i myślałem, że się porzygam.
Jak ja mogłem to palić? Syf, brud i ubóstwo. Tu jednak nie ma miejsca na sentymenty.
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać

